Original source (on modern site) | Article images: [1] [2]
Nowy punkt zapalny konfliktu wokół prywatnych ośrodków wypoczynkowych, dominujących na znacznej części włoskiego wybrzeża. Chodzi o "pranzo al sacco", czyli suchy prowiant - opisuje dziennik "The Guardian". Spór zaognił się po sytuacji, jaka miała miejsce w miniony weekend w Vieste - miasteczku na półwyspie Gargano w Apulii. Jak opisuje Luca Pernice, dziennikarz "Corriere della Sera", który akurat przebywał na tej samej plaży, wyjaśnił, że kobieta o imieniu Rosaria ukryła na dnie torby i przemyciła do jednego z ośrodków przygotowane w domu kanapki dla siebie i dwojga swoich dzieci. Potem plażowiczka zapłaciła za miejsce na leżakach oraz wypożyczyła parasol. ZOBACZ: Nad jeziorem Como nowy zakaz dla turystów. Wysoka grzywna Kiedy nadeszła pora lunchu, poradziła swojemu głodnemu synowi, by zjadł kanapki blisko morza, z dala od wścibskich spojrzeń personelu. Chłopiec został przyłapany, a Rosarii przypomniano, że w ośrodku obowiązuje zakaz spożywania własnych posiłków. - To częste zjawisko na tutejszych plażach - wyjaśnia Pernice. - Ludzie nie chcą być zmuszani do codziennego wydawania pieniędzy w restauracji, nie stać ich na to, więc właśnie tak postępują - opracowują strategię - tłumaczy dziennikarz. "The Guardian" zwraca uwagę, że we Włoszech nie ma przepisów zabraniających gościom prywatnych ośrodków wnoszenia własnego jedzenia i napojów, jednak - jak to miało miejsce w Vieste - właściciele czasami ustalają własne zasady. - Zapłaciłam 850 euro za cały sezon i wydaję pieniądze w barze - na kawę, lody, granitę - mówi w rozmowie z dziennikiem Beatrice Bordo, która wypożyczyła dwa leżaki i parasol na cały sezon wypoczynku w Montalto di Castro. ZOBACZ: Mistrz olimpijski prosto z restauracji trafił do szpitala. "Życie wisiało na włosku" - Nie mogą więc oczekiwać, że będę wydawać nawet 50 euro dziennie na posiłki w ich restauracji. To nie jest obowiązek. Mogą robić, co chcą w swoim ośrodku, ale ja będę robić, co chcę pod moim parasolem - oburza się plażowiczka. Głos w sprawie zabrał Nicola Ragno, prezes lokalnego oddziału Assoturismo, stowarzyszenia koncesjonariuszy plażowych. Twierdzi on, że przynoszenie własnego prowiantu "szkodzi wizerunkowi" ośrodków, bo wielu plażowiczów nie ogranicza się tylko do skromnej kanapki. - W większości przypadków mamy do czynienia z pełnymi posiłkami - makaronami, daniami głównymi, owocami, deserami, napojami - wszelkiego rodzaju jedzeniem - wymienia Ragno w rozmowie z "Corriere della Sera". - Powoduje to problemy związane z higieną, gospodarką odpadami i ogólnym porządkiem, a jednocześnie utrudnia świadczenie usług przez właścicieli lokali, którzy ponoszą znaczne nakłady inwestycyjne i zatrudniają wyspecjalizowany personel - zaznacza Ragno. ZOBACZ: Tragedia we Włoszech. Ciało 26-letniego Polaka znalezione w basenie Do debaty włączył się również Antonio Decaro, prezydent Apulii. "Nikt nie może wam zabronić spożywania na plaży jedzenia przyniesionego z domu" - pisze samorządowiec na Facebooku, przypominając o obowiązujących przepisach. "Koszt leżaków i parasoli jest już i tak wygórowany. Morze jest dobrem wspólnym i nie może stać się luksusem" - dodaje. Prywatne plaże we Włoszech stanowią - w zależności od regionu - od około 20 na Sardynii do 70 proc. w regionie Emilia-Romania i Liguria. Czytaj więcej
Włochy: Kobieta wniosła na plażę kanapki dla siebie i dzieci. Została upomniana
"Będę robić, co chcę". Zakaz oburza Włochów
"Szkodzi wizerunkowi" kontra "wygórowany koszt". Wojna o prowiant plażowiczów
Od lat ruch Mare Libero walczy o wykupienie plaż z rąk prywatnych oraz o to, by plaże publiczne były odpowiednio utrzymywane przez lokalne służby. - W tym właśnie tkwi problem - komentuje Beatrice Bordo, wskazując na plażę nieopodal. - Nie jest ona dobrze utrzymana i brakuje jej udogodnień. Dopóki więc sytuacja w tym zakresie się nie zmieni, zostanę tutaj - mówi o plaży przy prywatnym ośrodku.